O przeczytanych książkach

Oferta » Dyskusyjny Klub Książki » O przeczytanych książkach

**********

Ziarno prawdy

Nigdy nie sięgałam po kryminały polskich autorów z góry zakładając, że nijak mają się do książek amerykańskich pisarzy, którzy od pierwszych stron nie pozwalali oderwać się czytelnikowi od dalszej lektury. Z tym większą ciekawością sięgnęłam po kolejną „zadaną” 

w Dyskusyjnym Klubie Książki pozycję – z nastawieniem na potwierdzenie własnych, niczym wcześniej niepodpartych tez – „Ziarno prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego. 

Już na wstępie wiedziałam, na co wskazywała sama okładka ze znanym aktorem, że na jej podstawie nakręcono film, a sama powieść jest drugą z cyklu trzech o Teodorze Szackim, warszawskim prokuratorze, który w wyniku splotu różnych wydarzeń ze stolicy przenosi się do prowincjonalnego Sandomierza, miasteczka osławionego przez telewizyjny serial „Ojciec Mateusz”, a zainteresowanym historią Polski kojarzonego ze sprawami żydowskimi – procesami o mordy rytualne. Oba te fakty bardzo umiejętnie i naturalnie wplecione zostały 

w zawiłą intrygę kryminalną, której rozwiązania nie możemy domyślić się do samego końca.

W spokojnym, choć z punktu widzenia stołecznego prokuratora nieco mrocznym Sandomierzu dochodzi do morderstwa. Pozbawione krwi ciało znanej i lubianej przez wszystkich działaczki społecznej zostaje znalezione w pobliżu starej synagogi. Sprawę ma prowadzić prokurator Szacki, jedyna osoba „z zewnątrz”, nie uwikłana w małomiasteczkowe znajomości i zależności. Z każdym kolejnym rozdziałem wychodzą na jaw nowe fakty dotyczące ofiary o nieskazitelnej dotąd reputacji, pojawiają się nowi podejrzani, co do których jesteśmy niemal pewnie, że właśnie oni są winni. Do samego końca Miłoszewski trzyma nas w napięciu i nie pozwala oderwać się od lektury do ostatniej strony. Każda z pojawiających się postaci jest na tyle niejednoznaczna, że budzi podejrzenia, a jednocześnie na tyle wyrazista, że niemal od razu możemy wydać na nią wyrok. Autor z premedytacją doprowadza nas do błędnych, ale jakże sensownych wniosków po to tylko, by ostatecznie wykazać, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda i że rozwiązanie makabrycznej zagadki cały czas było w zasięgu wzroku.

Misternie zbudowana fabuła, oparta o niezwykle malownicze opisy Sandomierza, jak również historyczne fakty tak sensownie wplecione w następujące po sobie wydarzenia 

i pojawiające się kolejne ofiary pozwalają niemal uwierzyć, że historia ta wydarzyła się naprawdę, gdzieś po drugiej stronie Polski, wystarczająco daleko od nas, by uważać ją za zbyt odległą i abstrakcyjną, ale również wystarczająco blisko, żeby móc doszukać się w niej niejednego ziarna prawdy (W. Mądrawska).

 

**********

Transsyberyjska. Drogą żelazna przez Rosję i dalej

„Kolej” nieodmiennie kojarzy się z podróżami, przygodą, z odkrywaniem nieznanych lądów. Jedni lubią podróżować kolejami, inni wręcz przeciwnie uważają to za dopust boży i karę za grzech. W świecie gdzie samochód stał się najłatwiejszym i najszybszym środkiem transportu podróż koleją odeszła do lamusa. Jest jednak takie miejsce na ziemi, które dzięki kolei właśnie łączy ze sobą pasjonatów kolejnictwa, podróżników, przyrodników i tych, którzy lubią ekstremalne przeżycia. Magistrala transsyberyjska. Najdłuższa linia kolejowa na świecie od zawsze wzbudzała wielkie emocje i rozpalała wyobraźnię wielu o wyprawie w nieznane, o wyprawie na koniec świata. 

Piotr Milewski w swojej książce „Transsyberyjska. Drogą żelazną przez Rosję i dalej” zabiera nas w fascynującą podróż przez Petersburg, Moskwę, Irkuck, aż do Władywostoku. Wraz z nim poznajemy ludzi, podziwiamy bezkresne krajobrazy, stajemy nad brzegiem majestatycznego Bajkału. Naszą podróż przez Rosję Milewski urozmaica nam snuciem opowieści o początkach tej legendarnej drogi żelaznej. Wszak snucie opowieści jest nierozerwalnie związane z podróżowaniem. Każdy, kto wsiada do przedziału opowiada Milewskiemu historię swego życia. A my razem z nim wysłuchujemy tych historii suto podlewanych wysoko procentowym alkoholem. Towarzysze podróży zmieniają się, ale wszyscy maja jedną wspólną cechę są serdeczni i otwarci. Im dalej na wschód, im dalej od cywilizacji tym bliżej do człowieka. Jakby z każdym kilometrem, który przybliża nas do celu podróży skracał się dystans między ludźmi. Tutaj normą jest rozpoczynanie rozmowy od przedstawienia się z imienia i nazwiska, a także określenia celu swojej podróży. My wsiadając do pociągu nawet reflacji Przemyśl – Świnoujście nie czujemy potrzeby wywnętrzania się. Najczęściej chcemy pozostać anonimowi. Tutaj niemal od pierwszych słów stajesz się kimś bliskim. 

Milewski w swojej książce umieszcza zdjęcia z podróży, aby przybliżyć i unaocznić nam to, o czym pisze. Jedno z nich przedstawia, jak głosi tytuł pod nim „świt w wagonie kl. III z pięćdziesięcioma czterema miejscami leżącymi”. Ta fotografia sprowadza mnie na ziemię i odziera naszą podróż z marzeń i romantyzmu. Powracam z krainy wyobraźni do świata realnego gdzie współpasażerowie chrapią, sapią, a w powietrzu unosi się zapach potu. Gdzie nie ma miejsca na intymność i kontemplację. Po prostu samo życie. Jesteśmy gdzieś w Rosji XXI wieku, która nie zawsze idzie z duchem czasu, żyje przeszłością i wielkością dawnego imperium. To zdjęcie przypomina mi, że między marzeniami o wspaniałej wyprawie, a samą wyprawą istnieje duża różnica. Podróż to nie tylko przyjemność to także zmęczenie, niewygoda brak prywatności. Ale przez to, lub może dzięki temu jest prawdziwa (A. Sokulska)

 

**********

Czas kobiet 

Dawno, dawno temu w czasach, kiedy telewizory były na zapisy, a każdemu mieszkańcowi przysługiwały cztery metry kwadratowe na osobę żyły sobie trzy kobiety Glikierija, Jewdokija i Ariadna. Różniło je bardzo wiele, pochodzenie, wykształcenie. Łączyły wojenne przeżycia, wspólne mieszkanie komunalne i Sofija, córka sublokatorki Antoniny, na którą trzy starsze kobiety przelały nadmiar swoich matczynych uczuć. I tu kończy się bajka, a zaczyna zwykła ciężka i szara codzienność. Bieda, głód, ciężka praca i władza kontrolująca wszystko i wszystkich. Zaglądająca zwykłym ludziom do portfeli, garnków i sypialni. Trzy staruszki też nie do końca przypominają dobre wróżki, bliżej im chyba do baśniowych macoch. Czytając „Czas kobiet” Jeleny Czyżowej przez cały czas zastanawiałam się, co kieruje głównymi bohaterkami. Miłość bliźniego, współczucie, egoizm? A kiedy już wydawało mi się, że wiem, główne bohaterki robiły coś co zmuszało mnie do zmiany zdania. Tak na prawdę do końca nie jestem przekonana czy postępowanie Glikieriji, Jewdokiji i Ariadny w stosunku do Antoniny i jej córki było szczere i uczciwe. Czy w jakiś sposób nie była ona przez nie zmanipulowana. Myśląc o bohaterkach "Czasu kobiet" mam przed oczyma chiński symbol równowagi yin i yang. Mądrość wschodu mówi, że żadna rzecz nie jest nigdy w pełni yin ani całkowicie yang. Każde z nich zawiera w sobie pierwiastek swojego przeciwieństwa. I podobnie jest chyba z ludźmi. W każdym nawet najlepszym człowieku tkwi małe ziarenko egoizmu, które czasem dochodzi do głosu i na odwrót. Nawet w najbardziej zatwardziałym egoiście jest odrobina dobra, która sprawia, że i on czasem zachowuje się jak człowiek. (A. Sokulska)

**********

Rekin z parku Yoyogi

Wraz z początkiem 2015 roku klubowiczki zwierzynieckiego DKK, za sprawą książki Joanny Bator przeniosły się do Japonii. Autorka znana nam z powieści „Ciemno, prawie noc”, za którą otrzymała nagrodę Nike, tym razem w innej odsłonie, jako reportażystka i znawczyni Japonii w książce „Rekin z parku yoyogi”. Książka wywołała burzliwą dyskusję, a najlepiej jej klimat oddają recenzje naszych klubowiczek:

„Co z tą Japonią? Pomyślałam, czytając książkę Joanny Bator „Rekin z parku Yoyogi”. Japonią, o której słyszałam i wyobrażałam sobie, że to kraj kwitnących wiśni, pięknych kobiet o malutkich stopkach, ubranych w kolorowe kimona? Tymczasem autorka zabrała mnie w podróż do Japonii, jakiej nie znałam. Pokazała miejsca niezwykle, dalekie i inne od naszej europejskiej rzeczywistości, kultury i zachowań. 

Lektura sprawiła, że zapragnęłam dowiedzieć się czegoś więcej o tym niezwykłym kraju, gdzie wśród przechodniów można spotkać mężczyznę, przebranego za słodką lolitę, jak gdyby nigdy nic przechadzającego się po mieście w swoim kolorowym kostiumie; kobietę Zorro na rowerze, ochraniającą, podobnie jak wszystkie japońskie kobiety swoją skórę przed słońcem. W Japonii biała skóra to ideał kobiecej urody. Na szczęście nie czernią już sobie zębów, tak jak to robiły jeszcze w XIX wieku, ale le za to pożądane estetycznie i erotycznie są zęby krzywe, proste wpędzają w kompleksy. W Japonii takie zachowania nikogo nie dziwią, nie gorszą, nie obrażają. To raczej europejka w koszulce i szortach wydaje się czymś innym. 

Japończycy są bardzo ułożonym narodem. Skrupulatnie przestrzegają swojej formy kulturowej. Sprzedawcy w sklepie są zawsze uprzejmi i uśmiechnięci, nawet, jeśli w tym momencie cierpią. Przestrzegają zasad, znają swoje miejsce. Ich psy to tylko rasowe osobniki, prowadzane regularnie na spacery, zaś ich właściciele to sprzątający po swoich pupilach ludzie. Segregowanie odpadków przybrało tam formę wyrafinowanej sztuki. W naszym kraju jeszcze długo będziemy czekać na takie zachowania. Autorka pisząc o tym, przez moment wstydzi się, że pochodzi z Polski. Podobnie jak w momencie, gdy w hotelu spotyka polską rodzinę, która kradnie jedzenie. 

Bałaganem dla Japończyków natomiast jest seks. Ponieważ wymaga poznania drugiej osoby, dogadania się z nią i zrozumienia a na to Japończykom szkoda czasu i energii, wobec tego rezygnują z niego. Japońską niesamowitością okazuje się niezliczona ilość przeróżnych automatów. Są wszędzie i do wszystkiego. 

Godnymi szacunku i naśladowania są zachowania Japończyków w obliczu tragedii. Tam ludzie świat kontemplują. W trudnej sytuacji zachowują spokój i opanowanie, w ciszy odnajdują bliskich, jeśli się to nie uda, odzyskują ich zdjęcia i pieczołowicie je przechowują. Jest to najcenniejsza pamiątka, jaką posiadają. To cudowna cecha i zaleta. Bardzo podobał mi się rozdział o Godzilli, którą Norihiro Kato autor książki ,,Żegnaj Godzillo” porównuje do japońskich żołnierzy, którzy zginęli podczas drugiej wojny. ,,Ten ryczący tak pięknie pół jaszczur pół małpa jest czymś więcej niż zwykłym potworem. Budzi odrazę i współczucie, przerażenie i poczucie pokrewieństwa”.

Japończycy posiadają również wady. Głównym problemem jest ich wzajemna komunikacja. W skomputeryzowanym świecie trudno im znaleźć czas i chęci do uczestniczenia w tym realnym. Często wybierają łatwiejszy wirtualny. Szczególnie ma to odzwierciedlenie w ich subkulturze otaku. Są to komputerowi maniacy, kolekcjonujący gadżety związane z anime czy mangą, nigdy niedorastający chłopcy. Ich miejsce, w którym przebywają to dzielnica Tokio Akihabara, jest realna, lecz tak bardzo naśladująca świat wirtualny, że otaku uważają ją za swoje królestwo. Tam spotkamy różne dziwne rzeczy, urządzone specjalnie dla potrzeb swoich klientów, np. ludzi przebranych w kostiumy pożądanych postaci z mangi, anime i gier. W kawiarni maid cafe kelnerki w strojach pokojówki obsługują swoich fanów i zwykłych turystów. Można także pójść na koncert znanego dziewczęcego zespołu, który to dodatkowo stymuluje do zakupów i korzystania z dóbr, jakie daje Akihabara. Można zostać modelką lub piosenkarką. Talent zupełnie się nie liczy trzeba tylko mieć odpowiedni kostium. Zastanawiam się czy to troska o członków tej subkultury czy jednak chwyty marketingowe? Jedno jest pewne w Polsce też jest wielu otake nie mają tylko swojej dzielnicy, w której będą czuć się jakby w ogóle nie opuszczali wirtualnego świata. No i dobrze, zostawmy Japonii, co japońskie. 

 

"Autorka książki zabrała mnie w fantastyczną podróż do Japonii. Nie była to wyprawa na siłę, aby pokazać rzeczy najważniejsze. Ona zabrała mnie do siebie i pokazała te miejsca i ścieżki, którymi sama chodzi. To jej druga ojczyzna, czuje się tam dobrze i bezpiecznie, pomimo, że przeżyła tam tsunami i trudne chwile. Nic nie jest wymuszone, jest tak jakbyśmy szły na spacer i obserwowały otoczenie rozmawiając o tym, co widzimy. I to jest w tej książce najfajniejsze. Polecam.”  (Dorota Kruszyna) 

Jeśli ktoś znienacka zapytałby mnie o to, z czym kojarzy mi się Japonia, pewnie odpowiedziałabym, że z kwitnącymi wiśniami, sushi, kobietami w kimonach z twarzami pomalowanymi na biało, samurajami i bajkami dla dzieci gdzie wszyscy bohaterowi chodzili do lasu po drzewo. Może po chwili zastanowienia dodałabym coś jeszcze o japońskim honorze i to by było na tyle. Jednak po lekturze „Rekina z parku Yoyogi” Joanny Bator moje spojrzenie na ten kraj uległo zmianie. Po pierwsze przestałam myśleć stereotypami, a po drugie z każdą kolejną przeczytaną stromą coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że żyjemy w dwóch zupełnie innych rzeczywistościach. Jakby istniały dwa odrębne światy. Nasz zachodni z prostymi i idealnie białymi zębami i ten japoński gdzie piękne oznacza krzywe i poczerniałe. Nigdy wcześniej nie przyszło by mi do głowy, że film o Godzilli jest japońskim sposobem rozliczania się z wojenną przeszłością. No cóż u nas robi się to zupełnie inaczej. Właściwie po każdym rozdziale można by to powiedzieć: u nas jest to nie do przyjęcia, u nas jest to nie do pomyślenia. Pamiętam, kiedy po katastrofie w Fukushimie w polskich mediach ukazała się informacja, że do likwidacji szkód w rejony najbardziej skażone zgłosili się najstarsi obywatele tego kraju, chcąc w ten sposób chronić młodsze pokolenie, które ma przed sobą większą przyszłość niż ci, którzy weszli w okres jesieni życia. U nas… no właśnie. Jedno z przysłów mówi, „Co kraj to obyczaj” i chyba trudno by znaleźć bardziej trafne przysłowie określające tę książkę. Inne z kolei mówi: na naukę nigdy nie jest za późno, dlatego gorąco polecam „Rekina z parku Yoyoga” Joanny Bator". (Anna Sokulska

**********

O książkach Ewy Nowak 

W końcu po wakacyjnej przerwie udało się spotkać klubowiczkom z Górek Noteckich, odbyło się to w piątek 24 października. Spotkanie miało nieco inną formułę, gdyż każda z uczestniczek miała inną książkę, ale tej samej autorki Ewy Nowak. Zanim dziewczyny przystąpiły do prezentacji przeczytanej lektury, uzupełniłyśmy naszą wiedzę na temat autorki o kilka istotnych informacji. Dowiedziałyśmy się m.in., że Pani Ewa pisuje do czasopism takich jak Cogito, czy Victor Gimnazjalista, które możemy wypożyczyć w naszej bibliotece. Lektury wybrane przez klubowiczki to: Wszystko, tylko nie mięta, Diupa, Krzywe 10 i Cztery łzy. Wszystkie te książki łączy charakterystyczny dla autorki humor oraz tematyka miłości, czyli wszystko, co gimnazjalistki lubią najbardziej. Chociaż nie brakuje w nich również tematów ważnych bardziej „dorosłych” takich jak niepełnosprawność czy trudności w podejmowaniu właściwych wyborów. Ważnym elementem spotkania była zabawa w „Na szczęście i na nieszczęście” polegająca na wspólnym układaniu opowiadania. Uczestniczki rozbudzały swoją wyobraźnię poprzez zmianę losu bohaterów swojego opowiadania, raz ze szczęśliwym, a raz ze smutnym zwrotem akcji.  Zabawa była strzałem w dziesiątkę, o czym świadczą słowa jednej z dziewcząt uczestniczących w dyskusji: Podczas następnego spotkania znów układamy opowiadanie. (A.Grabska)

**********

„Wyspa mojej siostry” Katarzyny Ryrych

Choroba Down’a to temat tabu, z którym zmierzyła się Katarzyna Ryrych w książce dla młodzieży „Wyspa mojej siostry”. Autorka nie zważając na reguły poprawności politycznej pokazała odmienność osób dotkniętych tą chorobą oraz jej wpływ na osoby z najbliższego otoczenia. Ryrych odcięła się od stereotypowego obrazu, pokazującego najczęściej osoby dotknięte chorobą jako miłe i łagodne. Czytelnicy poznają Pippi – przedstawicielkę osób z zespołem Down’a – jako niepełnosprawną i nieprzystosowaną społecznie, której nieobce są ataki agresji, ale posiadającą również liczne zdolności. I co najważniejsze autorka nie próbuje wmówić młodym czytelnikom, że dzieci chore nie różnią się od zdrowych, w zamian uczy tolerancji.

„Wyspa mojej siostry”  była pretekstem do dyskusji na wiele trudnych tematów podczas majowego spotkania DKK dla dzieci i młodzieży w Zwierzynie. Prowadząca DKK uznała, że jest to świetny zaczynek do rozmowy o tolerancji, uczestnicy dorzucili do tego jeszcze inne tematy i rozmawialiśmy o inności, co nas w niej razi, dlaczego nie potrafimy jej zaakceptować. Opierając się na przykładach z własnego życia młodzi czytelnicy prezentowali własny stosunek do „innych”. W trakcie dyskusji pojawiło się słowo - stereotyp. Tutaj z pomocą przyszła nam książka Magdaleny Środy „Mała książka o tolerancji”, która świetnie wyjaśniła uczestnikom to pojęcie.  Burzliwą dyskusję o różnych relacjach, najczęściej z najbliższego otoczenia, zakończyliśmy czytając fragmenty książki „Jedno oko na Maroko”, zbierającej wywiady z osobami niezwykłymi, bo trochę „innymi”. (S. Markiewicz)

**********

"Adam i Ewy" Moniki Orłowskiej

Są takie decyzje, które zmieniają cale dotychczasowe życie. Jedną z nich jest zgoda na małżeństwo. W pewnym stopniu rezygnujemy z naszych przyzwyczajeń, niezależności na rzecz czegoś nowego. Wspólnego życia, domu, rodziny. Tak właśnie było z Ewą, tłumaczką języka hiszpańskiego, niezależną, samodzielną singielką. Małżeństwo z Adamem całkowicie zmieniło jej dotychczasowe życie. Zostaje żoną, matką, synową. Ktoś mógłby powiedzieć normalna kolej rzeczy. Nie do końca taka normalna, gdyż Ewa jest żoną - Penelopą wiecznie czekającą na powrót męża. Matką, ale także macochą starającą się zapewnić dorastającej pasierbicy miłość i poczucie bezpieczeństwa. Synową starającą się spełnić wymagania surowej teściowej pochodzącej z porządnego krakowskiego domu z tradycjami, a kiedy ta przechodzi dwa udary staje się pielęgniarką i opiekunką czuwającą przy chorej. Mimo tych wszystkich trudności udaje jej się jakoś sprostać wymaganiom i poukładać wszystko tak aby maszyna codzienności idealnie działała, ale… No właśnie zawsze jest jakieś ale. Kiedy już jej się wydaje, że wszystko ma pod kontrolą, że nad wszystkim panuje, pojawiają się jakieś drobne nieścisłości, które zaczynają niczym małe ziarenko kiełkować w wątpliwości. Nagle przypadkowe wydarzenia, jakieś niedopowiedziane zdania, które dotąd nie miały znaczenia nabierają zupełnie innego sensu i całe poukładane, chociaż czasem uwierające niczym sprężyna w tapczanie, życie zostaje wywrócone do góry nogami. I znów ktoś mógłby powiedzieć: no cóż takie jest życie i trudno mu nie przyznać racji. I może właśnie dlatego śledząc losy bohaterki powieści Moniki Orłowskiej tak bardzo jej kibicujemy, a kiedy kolejny „trup” wypada z szafy rodzinnych sekretów chcemy głośno krzykną: ale to nie jest sprawiedliwe! (A. Sokulska) 

**********

„Córka czarownic" Doroty Terakowskiej

Spotkania dziecięcych klubów DKK w Zwierzynie i w Górkach odbywają się według ustalonych reguł. Dzieci otrzymują wybraną przez nas książkę, odpowiednio wystarczającą ilość czasu na  jej przeczytanie, a następnie spotykamy się aby na jej temat porozmawiać. Tym razem klubowicze ze Zwierzyna zadaną lekturę przeczytali w rekordowym czasie (2-3 dni od jej otrzymania), a potem nie mogli doczekać się spotkania. Można by pomyśleć że to wyjątkowo cienka lektura, nic bardziej mylnego. Rekordowy czas czytania to zasługa treści, a nie objętości książki. Cóż to za książka, która tak porwała naszych młodych klubowiczów? To „Córka czarownic" Doroty Terakowskiej. Baśń Fantazy o oryginalnej fabule i skomplikowanej dramaturgii. Czarownice, zaklęcia, tajemnie, legenda głosząca kres niewoli, to wszystko sprawiło, że nasi klubowicze tak ochoczo sięgnęli po tę lekturę. Jednak opowieść Terakowskiej to powieść wielowarstwowa, pod pierwszą, tą baśniową, warstwą ukryte są ważne tematy dotyczące dorastania, wyboru życiowej drogi, miejsca miłości w życiu człowieka. O tym wszystkim mieliśmy możliwość porozmawiania na naszym spotkaniu, a forma baśni fantazy bardzo nam to ułatwiła. Była świetnym wstępem do rozmowy na poważne tematy. 

Z kolei na twarzy Klubowiczek z Górek Noteckich pojawił się grymas niezadowolenia gdy brały lekturę do ręki po raz pierwszy. Jak się później okazało jej objętość, w czasie gdy wystawiane są oceny końcowe w szkole, trochę je przeraziła. Jednak magia tej lektury sprawiła, że czytało się ją szybko a przystępny język Doroty Terakowskiej znacznie ułatwił to zdanie. Liwia Piechowska, jedna z uczestniczek wypowiedziała się o niej następująco: „Książka opowiada o dorastającej dziewczynie, która pod opieką czarownic uczy się magii, rozmów z gwiazdami, czytania w myślach itp. Od każdej czarownicy zdobywa nowe umiejętności, które później wykorzystuje w życiu. Jest to piękna opowieść nie tylko o magii, ale wolności i prawdziwym życiu.” Oczywiście nie wszystko się dzieje jak zostało wcześniej założone, na podopieczną czyha wiele niebezpieczeństw, jednakże liczymy do końca, że wszystko dobrze się skończy.  W końcu Wielkie Królestwo ma Pieśń Jedyną, która daje im nadzieję i czytelnikowi również, pomimo zwrotów akcji w końcu „dojrzewanie do wolności” musi się udać. (Anna Sokulska, Anita Grabska, Lwia Piechowska)

**********

„Dziewczyny z Portofino” Grażyny Plebanek

Po książkę "Dziewczyny z Portofino" Grażyny Plebanem sięgałam trochę z obowiązku - jako zadanie na kolejne spotkanie DKK, i trochę z nastawieniem na kolejną smutnawą fikcję literacką traktującą o szarych blokowiskach i nie do końca sprecyzowanych postaciach snujących się między trzepakiem a klatką, i ich wątpliwych przygodach. Przeczytane przed rozpoczęciem właściwej lektury krótkie streszczenia innych czytelników sugerowały jedną z wielu książek, które się czyta, odkłada i zapomina.

Rozczarowanie, bardzo miłe, nadeszło już przy pierwszym podejściu i trwało do końca. 

Cztery dziewczynki - główne bohaterki - narysowane słowem od początku bardzo wyraziście i precyzyjnie, "przyporządkowane" do określonych typów osobowości, szybko wciągnęły mnie w wir przeplatających się ze sobą i tworzących spójną całość historii. Lata 70-te, w których świat tych dziewczyn ma swój początek, są mi znane jedynie z uszczerbionych przez czas opowieści rodziców i babci, jednym słowem - są mi właściwie zupełnie obce. Mimo to życiowe perypetie bohaterek w latach szkolnych wydają się być odbiciem lustrzanym codzienności mojej i moich koleżanek, mających swój czas po 1989 roku, w XXI wieku nowych technologii, postępu cywilizacji, ogólnej dostępności wszelkiej maści dóbr i usług. I nawet to, że one miały swój trzepak pod blokiem w mieście, a my ławkę na zdewastowanym placu zabaw na wsi nie zmienia faktu, że ich dzieciństwo niewiele różniło się od mojego - beztroska, miejsca, do których nie powinno się chodzić, a ze strachem idzie się mimo wszystko, strach przed rodzicami, ene due rike ..., zawiści, kłótnie, wyzwania, wspólnie spędzany czas na nic nie robieniu, pierwsze miłości i zauroczenia.

 Dlatego już na początku uwierzyłam autorce, że te historie są tak samo prawdziwe jak te dziewczyny. I wydarzenia, które działy się w tle ich życia. Dalsze losy bohaterek były dla mnie trudniejsze do ogarnięcia, tu "moje" czasy odcisnęły się mocno na podejściu do decyzji, które kiedyś po prostu się działy, a teraz wiążą się z ogólną krytyką i naganną oceną. Mówię tu w szczególności o aborcji, której temat został podjęty w książce i bardzo mną poruszył. Autorka o decyzji jednej z bohaterek o usunięciu ciąży pisze trochę jak o pójściu do sklepu po bułki, beznamiętnie, pozostawiając mnie - czytelnika przed suchym faktem. Miałam wrażenie, że fakt dokonania zabiegu bardziej wpłynął na mnie niż na samą bohaterkę. Poruszyła mnie łatwość i powszechność tego "procederu", opisana wprost i beznamiętnie. I porusza do teraz, gdy o myślę o tamtych czasach, w których żyła również moja mama.

Książka Plebanek pełna jest wątków i historii, które układają się dla mnie w obrazek tamtych lat widzianych z perspektywy najpierw dzieci, a później młodych pozostawionych trochę sobie samym kobiet, szukających swoich ścieżek i dróg dalszego życia. Zakończenie książki, po wielu trudnych decyzjach, wypowiedzianych słowach i czynach, jest jednocześnie dla bohaterek kolejnym początkiem ich przyjaźni i pewnie dobrym materiałem na nową powieść:) Autorka zaciekawia na tyle, że chce się zajrzeć do innych jej autorskich projektów w beletrystyce.

Polecam każdemu, kto lubi literaturę dobrą i na poziomie, ale nie trudną, poruszającą ważne tematy, ale w sposób przystępny, bez nadęcia i przesady. Plebanek ubrała prozę szarego osiedla w historie pozornie pospolite, a jednak poruszające, ciekawe i ujmujące. (Weronika Mądrawska)

**********

,,U podnóża góry Synaj’’

Zwykły chłopiec o imieniu Mikołaj, mieszka w zwykłym mieście, w zwyczajnym domku lecz jednak…

Jego tata jest wynalazcą, ma własny ,,gabinet” a konkretniej warsztat z tablicą. Zakazuje tam wchodzić Mikołajowi, oczywiście dla niego to znaczy to samo co „tam jest ciekawie”... Pewnego razu chłopiec wraca ze szkoły i rusza ku uchylonym drzwiom do gabinetu ojca. Wśród bałaganu, narzędzi i rysunków widzi tablicę z jednym słowem, kluczowym dla niego, CZAS. Nagle przenosi się w czasy potopu i Noego…

Tak rozpoczyna się podróż Mikołaja, i jego przyjaciela Fryderyka, po Biblii, od wielkiej arki Noego przez historię narodu żydowskiego. Józef przepowiedział mu, że ma misję od Boga być świadkiem historii jego religii.

Książka ta mówi dość szczegółowo o wydarzeniach biblijnych, autor wzbogaca ją podróżami w czasie przez wieki, przenosząc głównego bohatera – Mikołaja w różne epoki. Biblia jest napisana zawile, a tutaj mamy coś co jest ,,przetłumaczone” tak abyśmy to rozumieli bez wątpliwości.

Utwór jest piękny, przejrzysty i dla każdego. Dorośli spojrzą na niego biorąc pod uwagę swoje doświadczenie życiowe, młodzież zrozumie dosłownie a dzieci uznawać będą za bajkę na dobranoc. Każdą z tych grup wiekowych łączy przeżycie jakim jest ta lektura, dreszcz emocji bohaterów książki oraz świadomość przeżywania z nimi. Polecam. (Oskar Pondo)

**********

"Cacko" - Krystyna Sienkiewicz

„Cacko” to książka bombonierka, każdy rozdział to osobny cukiereczek. Nie do końca wiesz co cię spotka, ale zawsze jesteś mile zaskoczona jej smakiem. Krystyna Sienkiewicz zabiera nas w podróż po swoim życiu. Bez zbędnego rozwlekania, dzieli się nim z czytelnikiem, poznajemy jej radości i smutki. Cieszę się, że ta książka wpadła w moje ręce, czytając ją, czułam się jak u koleżanki na herbatce. Trochę wspomnień, trochę teraźniejszości, przeplatane sprawdzonymi przepisami.

Lektura sprawiła, iż zaczęłam inaczej myśleć o jej autorce. Pozwoliła mi ją lepiej poznać i dostrzec rzeczy, o których wcześniej nie wiedziałam. Przyznam szczerze, że wcześniej nie bardzo przepadałam za Panią Krystyną. Być może znaczenie miał ten jej skrzeczący głos. Tak było do chwili gdy zaczęłam czytać jej zwierzenia. Zauważyłam, że jest to mądra, inteligentna i spokojna kobieta, bardzo utalentowana, do końca oddana swojej pasji tworzenia oraz zawodowi, który wykonuje. Krocząca dwiema drogami, artystyczną - temu wyzwaniu poświęca się najlepiej jak tylko potrafi, rzetelnie się z niego wywiązuje, jest konsekwentna i oddana, to jest jej praca. Po niej wraca do swojego ukochanego domu. Nie lubi rozgłosu, szumu, niechętnie robi zdjęcia z fanami, chce mieć spokój, odpocząć i podążać drugą drogą. Zająć się swoimi podopiecznymi, czyli bezpańskimi, chorymi psami. To właśnie na nie przelewa swoje uczucia. Pomaga i opiekuje się nimi. Odreagowuje stres po pracy w teatrze. 

„Udało mi się stworzyć dom z duszą” - stwierdza Pani Krystyna, dom, który jest jej ostoją. Nie podąża za modą, nie przejmuje się obowiązującymi trendami. W swoim mieszkaniu ma to, co lubi. Czuje się w nim doskonale. Dom z duszą jest marzeniem każdej kobiety. Dlatego Pani Sienkiewicz utwierdziła mnie w przekonaniu, że w każdym domu najważniejszy jest człowiek i to on tworzy jego niepowtarzalną atmosferę. Nie musi być modnie czy tak jak u innych i to jest wspaniałe! (Dorota Kruszyna)

**********

„W poszukiwaniu światła. Opowieść o Marii Skłodowskiej Curie”

Mądre przysłowie mówi: Ciekawość to pierwszy stopień do wiedzy. Przysłowie to mogło by posłużyć za motto życiowe jednej z najwybitniejszych kobiet światowej nauki Marii Skłodowskiej – Curie. Czytając książkę Anny Czerwińskiej – Rydel o życiu noblistki trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie ciekawość poznawania i odkrywania nowych „lądów” na wielkim oceanie nauki była głównym motorem jej działania. Książka „W poszukiwaniu światła. Opowieść o Marii Skłodowskiej Curie” jest skierowana do młodych czytelników. W prosty i przystępny, a zarazem bardzo interesujący sposób opowiada o życiu Marii od jej najmłodszych lat aż do śmierci. Książka zawiera dużo fotografii ilustrujących codzienne życie Skłodowskiej, które przybliżają najmłodszym realia końca XIX i początku XX wieku. 

Jeden z klubowiczów tak wypowiedział się na temat lektury: ,,W poszukiwaniu światła” - opowiada o życiu sławnej kobiety Marii Skłodowskiej Curie. Pisze w niej dokładnie o tym gdzie żyła i uczyła się odkrywczyni radu i  polonu. Dokładnie są podane daty narodzin zgonu jej i jej bliskich oraz znajomych. Nie jest to żadna powieść fantastyczna ani bujda o sławnej osobie. Jest to dokładna i prawdziwa historia o Marii. O tym jakie tragedie spotkały ją w dzieciństwie i już jak była dorosła. Książka jest piękna i łatwo się ją czyta. Poleciłbym ją każdej osobie w każdym wieku. (Oskar Pondo)

**********

O wierze, Bogu, celebrytach…

Kolejne spotkanie Klubu DKK działającego pod skrzydłami zwierzyneckiej biblioteki przebiegło w atmosferze żywej dyskusji o wierze, Bogu, celebrytach i ich zmanierowanym sławą i pieniędzmi światopoglądzie. Stało się to za sprawą postaci znanych większości przede wszystkim z rozrywkowych programów telewizyjnych, a mniej jako oczytanych, wykształconych i elokwentnych autorów próbujących w inteligentny sposób przybliżyć czytelnikom swój sposób postrzegania wiary, instytucji kościoła i ich związków z kulturą i światem współczesnego człowieka. 

Rozmówcy nie wykroczyli w długiej dyspucie poza ramy swojego wizerunku medialnego. Szymon Hołownia z niewzruszonym uporem stał na straży dogmatów wiary katolickiej, cytatami filozofów i myślicieli kontrując każdą próbę ich kwestionowania przez kolegę z branży dziennikarskiej. Marcin Prokop forsował swój punkt widzenia sięgając najczęściej do źródeł komercyjnych, trącających niekiedy kontrowersją w interpretacji.

Nazwiska autorów zapowiadały literaturę przyjemną, z inteligentnym humorem i lekkością słowa. Już pierwszy rozdział rozwiał skutecznie mylne przypuszczenia, a cytowanie starożytnych uczonych i nieco młodszych twórców, sięganie do źródeł, które prawdopodobnie dla wielu potencjalnych czytelników mogły być zupełnie obce, mogło utrudniać przejście przez kilkadziesiąt pierwszych stron traktujących o Bogu i roztrząsaniu możliwości Jego istnienia.

Kolejne rozdziały, już bardziej przyjazne w sposobie przekazu, pozwoliły czytelnikowi na zastanowienie się na własnymi poglądami dotyczącymi życia duchowego, wspólnoty jaką jest Kościół, a także nad życiem od Kościoła oderwanym, którym żądzą nie wiara a pieniądze, nie Wspólnota, a silniejszy bogactwem i wpływami.

I tak jak obaj autorzy różnili się w swoich poglądach i spostrzeżeniach, tak i nasze opinie rozbiegały się w różnych kierunkach. Część rozumiała postawę Marcina Prokopa, sceptyka zarzucającego swojemu rozmówcy czasami wręcz bezkrytyczny kult, część nie przyjmowała jednak jego racjonalnych argumentów przychylając się twierdzeniom Szymona Hołowni. Treści zawarte w książce – rozmowie przypominały nam na pewno i mogły utwierdzić w tym, w co wierzymy i dlaczego właśnie drogą takiej a nie innej wiary idziemy. 

Co do jednego natomiast wszystkie byłyśmy zgodne – percepcja świata ludzi znanych nam z telewizji i ze zdjęć w kolorowych czasopismach nijak ma się do rzeczywistości, która otacza większość społeczeństwa, ze wszystkimi swoimi prawami i zasadami wyznaczającymi codzienność. (Weronika Mądrawska) 

**********

„Pod dwiema kosami, czyli przedśmiertne zapiski Żywotnego Mariana” – intrygujący tytuł, okładka wpadająca w oko i budząca ciekawość. To już przynajmniej dwa powody do tego, aby wziąć tę książkę do ręki i zacząć czytać. A gdy już zaczniemy i przyzwyczaimy się do oryginalnego języka pełnego gwarowych naleciałości, to nim się spostrzeżemy dojdziemy do końca tego osobliwego pamiętnika. I co dalej? „Pod dwiema kosami…” to jedna z tych książek, których tak szybko nie da się zapomnieć. Porusza wielu i pobudza do dyskusji. Cóż w niej jest takiego poruszającego? Niewątpliwie postać głównego bohatera Mariana Żywotnego. Osoby zakompleksionej, która za wszelką cenę chce podnieść swój statut społeczny i materialny. Osoby, która ma własny kodeks moralny, na pierwszy rzut oka zgodny z nauką kościoła, jednak trochę zmodyfikowany i dostosowany do osobistych potrzeb Mariana. Uszyty na jego miarę. Miarę, którą wszystkich bardzo surowo (nie mylić, że sprawiedliwie) osądza i mierzy, a siebie skutecznie wybiela. Stosując się do swoich norm moralnych Marian nawet nie zauważa, że niszczy wszelkie szanse swoich najbliższych na szczęśliwe życie. Czytamy tę książkę i z niedowierzaniem kręcimy głową, Despotyczny, chorobliwie zazdrosny, podejrzliwy, kłótliwy to tylko kilka cech wybranych z bogatej palety opisującej nas Polaków. Tak nas samych, bo w jednej postaci autorka Danuta Noszczyńska zawarła chyba wszystkie nasze wady narodowe. Czytając pamiętnik Mariana, bezbłędnie możemy wskazać jego pierwowzór w naszej małej lub trochę większej społeczności. Bo tak naprawdę, każdy z nas takiego Mariana chociaż raz w swoim życiu spotkał, a może sam nim jest? „Pod dwiema kosami, czyli przedśmiertne zapiski Żywotnego Mariana” to takie, krzywe zwierciadło w którym przy odrobinie krytycyzmu możemy się przejrzeć i sprawdzić czy przypadkiem pomalutku i niepostrzeżenie nie zamieniamy się w Mariana Żywotnego. Czego ani sobie ani nikomu innemu nie życzę.